I cóż, wszystko co dobre, szybko się kończy. Dopiero co przyleciałam, dopiero co układałam kosmetyki na półce w mini-łazience, a tu już koniec urlopu! Najgorsze przede mną – pakowanie powrotne. Niby nic, bo „pakujesz wszytko co widzisz”, ale biorąc pod uwagę liczbę rzeczy, które kupiłam na miejscu, problem się lekko zwiększa. W efekcie zostawiłam kilka rzeczy 😉

Gotowa do podróży i spakowana mogłam uciąć sobie drzemkę – w końcu wystarczy jak wyjdę z hotelu ok. 3 w nocy, bo samolot odlatuje dopiero po 6 rano.

Zdjęcie poszło na fejsbuka, a co. A ja do spania.

MadridWstałam o 2.45, ogarnęłam się jakoś, ale zajęło mi to więcej czasu niż się spodziewałam. Autobus na lotnisko miałam z Plaza de Cibeles o 3.25. Półtora kilometra od hotelu. Zastanawiałam się, czy brać taksówkę, ale jak zobaczyłam taksówkarza o twarzy seryjnego mordercy, uznałam, że się przejdę 😀 Madryt nocą jest całkiem przyjemny – pojedyncze osoby wracają do domu, śmieciarze jeżdżą jak szaleni tam i z powrotem, zamiatacze zamiatają, także nie ma się co bać.

Godzina 3.30

No to dałam czadu. Stałam na ostatnich światłach i mój autobus odjechał… A następny za 35 minut. Dobrze, że tu życie w miarę tętni, bo jakbym miała w jakiejś dziurze tyle stać, to dziękuję. Jakiś pan z walizką jest po drugiej stronie ulicy, to może będę miała towarzystwo.

A swoją drogą, zdjęcie z walizką gotową do podróży skomentował mój Hostal, że życzy buen viaje (szczęśliwej podróży), milutko 🙂

No to jeszcze jakieś 27 minut 😛

Tak właśnie. O wpół do czwartej w nocy siedziałam sobie na walizce z notesem i wylewałam swoje żale. Bo gdybym się tyle nie grzebała rano to bym zdążyła. Albo gdybym wzięła taksówkę. Albo gdybym nastawiła budzik na 5 minut wcześniej 🙂

Godzina 3.45

Siedzę w autobusie. Hura hura. Jedźmy już, no! 🙂

Ale tutaj wszystko jak w szwajcarskim zegarku, odjazd musi być planowo.

Godzina 4.50

Dojechaliśmy w 15 minut więc w sumie to nawet dobrze, że nie zdążyłam na tego wcześniejszego [autobusa – przyp. red.]. Przy odprawach poszło wszystko w porządku.

Chyba przez tą ebolę obsługa chodziła w gumowych rękawiczkach (?)

Do mojego gejtu szłam z 10 minut, to chyba najdalszy zakamarek lotniska 😀 Nasz jest C49 a ostatni to C50. Za oknem kołuje samolot, szkoda, że ciemna noc, bo nic nie widać. Bramki otwierają za jakieś 50 minut, także trochę tu sobie posiedzę.

Tym razem miałam miejsce przy oknie, więc w planie miałam robić szałowe zdjęcia. Nie przewidziałam, że okna będą brudne, i że będę siedzieć na skrzydle, które mi przysłoni wszelkie widoki. Ale, co widziałam, to moje, jak mówi ludowe porzekadło.

blog samolot2 blog samolotByły lekkie turbulencje, ale to pewnie normalne (jakbym częściej latała, to bym wiedziała :P). Dolecieliśmy przed czasem, bagaże nadali szybko, a co więcej, moja piękna walizka przyturlała się jako jedna z pierwszych (jak nigdy). I tak, wakacje wakacje, i po wakacjach. Dzwonili z pracy (pozdrowienia dla Frau Marii), że moja pielgrzymka coś świruje i chcą zmienić program na pojutrze, także powrót do rzeczywistości jest nieuchronny… 🙂

 

PODSUMOWUJĄC Z PERSPEKTYWY DWÓCH MIESIĘCY (bo toż to już grudzień, jak to dopisuję) stwierdzam, że wakacje solo są całkiem fajne 🙂 Absolutnie nie pretenduję do miana wielkiego podróżnika (ani „znanej blogerki podróżniczej” :D), nie wybieram się penetrować Amazonkę, nie będę przedzierać się przez ulice Iraku okutana w burkę dla niepoznaki. Nie nadaję się do tego, nie mój styl, nie mój blues. Ale takie „miastowe wakacje” w kraju, którego język znam (więc się dogadam) są jak najbardziej w moim zasięgu, jak na chwilę obecną. Wiadomo, są sytuacje, że z kimś by było raźniej ale z drugiej strony, nic mnie nie ogranicza, idę gdzie chcę, siedzę w muzeum ile chcę, wstaję o której mi się podoba etc. Co prawda organizacja też spada na mnie w 100%, ale w końcu umówmy się: pracuję w turystyce i podobne wyjazdy organizuję na co dzień 😀 Więc nie jest to dla mnie aż taka czarna magia.

Także uroczyście oświadczam, że taki samotny wyjazd na pewno jeszcze powtórzę. Nie wiem czy w przyszłym roku, czy za dwa, ale na pewno i niedługo 🙂 Jednak gdyby ktoś chciał się dołączyć na jakąś ciekawą wycieczkę w międzyczasie, to ja oczywiście jestem do dyspozycji 🙂

Niniejszym dziękuję wszystkim, którzy mnie nie namawiali do zrezygnowania z samotnego wyjazdu i którzy wierzyli we mnie, że wrócę w jednym kawałku. Dziękuję również za uwagę tym, którzy przebrnęli przez te kilka przydługawych wpisów i mnie nie przeklęli w duchu za gadulstwo 😀 Ciąg dalszy (kiedyś) nastąpi!

Dla wszystkich, w prezencie, poniższa pieśń.

Duet Azucar Moreno, „Solo se vive una vez” – żyje się tylko raz 🙂

Reklamy