Tagi

, ,

Życie turysty zwiedzającego ma to do siebie, że się trzeba nachodzić. Choć odciski na stopach się mnożą, nie ma czasu na obijanie się! W związku z tym, pomimo czarnych chmur na horyzoncie zebrałam się w sobie i wybrałam się na długo odkładaną wizytę w Teatro Real – dawnym teatrze obecnie będącym Operą [zdjęcie z zewnątrz: tutaj]. Wyszłam z hotelu jakoś po 10.00, tak mi się przynajmniej wydawało, i owinięta szalem (bo kurczę, zimno, choć niby Hiszpania :D) pędzę do teatru.

Weszłam do kas, nie patrząc na godzinę i pytam, czy na 10.30  są jeszcze bilety, a uprzejma pani w kasie mówi, że na 11. No trudno, myślę, poczekam te 40 minut. Zakupiłam entrada, bilet, i czekam. Patrzę na zegarek a tu…10.50 😀 Także chyba mocno się wygłupiłam moim pytaniem, no ale w końcu szczęśliwi czasu nie liczą 🙂 Dla zabicia czasu wyjęłam mój notes i stoję obok trzech Hiszpanów w średnim wieku, chyba są lekko skonsternowani co ja tu piszę.

Przynajmniej takie odniosłam wrażenie po ich ukradkowych spojrzeniach w stylu „a-może-to-jakaś-znana-dziennikarka,-choć-w-sumie-nie-wygląda”. Trzymałam fason, poważna mina, eleganckie notes, szykowne pióro, drobne i nieczytelne pismo (żeby nikt nie odczytał). Ze sklepiku z pamiątkami wyszły 3 żony tychże 3 Hiszpanów, także musieli ograniczyć zainteresowanie moim notesem. Żony jak zwykle wyglądały groźnie, więc trzymałam się na dystans od tej grupy. Wreszcie otwarły się szklane drzwi do teatru, eleganckie panie w czarnych garsonkach oraz obwieszone identyfikatorami sprawdziły bilety i uprzejmie zaprosiły na wizytę. Miała ona trwać ok 45-50 minut, ponieważ akurat trwały próby, także nie będziemy mogli zobaczyć głównej sali. Jakieś 10 dni później miał występować Piotr Beczała, zastanawiałam się więc, czy to czasem nie mój rodak teraz ma próby 🙂 Ale nie pytałam 🙂

Nasza przewodniczka była rewelacyjna. Fryzurą oraz szeroką pojętą elegancją i stylem bycia przypominała mi trochę byłą panią prezydentową Jolantę K. 🙂 Bardzo kompetentna kobieta, do tego mówiła przepięknym hiszpańskim, co jako filolog oczywiście zauważyłam 🙂 Raz, że miała cudny akcent i wymowę, a dwa, że naprawdę jej słownictwo i konstrukcje gramatyczne, których używała, były bardzo wysublimowane, że tak to ujmę 🙂 Przy tym mówiła w miarę wolno, bo wiedziała, że większość grupy to obcokrajowcy: oprócz mnie byli też Włosi, Anglicy i chyba Brazylijczycy. Najpierw za kulisami obejrzeliśmy krótki film dokumentalny na temat historii teatru. Przechodziliśmy przez liczne korytarze pod i na około sceny, niczym intruzi 🙂 Ujęła mnie przepiękna dekoracja tego miejsca, nawet próbowałam robić zdjęcia, ale poddałam się, i wolałam się skupić na kontemplacji tego miejsca a nie dokumentacji.

teatro realteatro realCo ciekawe, powyższy fortepian jest drewnianą atrapą (!). Sporo takich rekwizytów stanowi obecnie wystrój teatru.

Ujmująca historia wiąże się z salą restauracyjno-balową. Na środku znajduje się otoczona filarkami przestrzeń, tak jakby pokój w pokoju. I na tej wydzielonej przestrzeni zamontowany jest podwieszany sufit pełen światełek – jest to odwzorowanie nieba i całego gwiazdozbioru z nocy inauguracji Teatru. Co więcej, na czerwono świeci się Mars 😀 Niesamowite, czego to ludzie nie wymyślą.

Z balkonu budynku Teatru rozciąga się przepiękny widok na Pałac Królewski, który wreszcie mogłam jakoś sensownie ująć, jestem tym widokiem zachwycona (podkreślam: widokiem, nie zdjęciem, aż w taki samozachwyt nie wpadam).

palaciopalacioDalej można też dostrzec pobliską Katedrę, w której to dzień wcześniej zakończyłam zwiedzanie 🙂

palacioZ wyższego piętra jeszcze raz ujęłam cały plac Plaza del Oriente. Jak widać, niebo nie było tego dnia zachęcające do pieszych wędrówek:

palacioW kuluarach teatru było cicho, spokojnie, ciepło. I dzięki temu, że mieliśmy tak świetną przewodniczkę, zwiedzanie trwało jakąś godzinę i 10 minut, czyli połowę więcej! 🙂 Zdecydowanie polecam taką wizytę, warto odżałować 9 eurów (a ja nawet mniej, bo jeśli wizyta jest skrócona, bez głównej sali, to kasują 6 eurów).

W błogim nastroju, zaopatrzona w empanadę (podgrzaną przez uprzejmą panią w piekarni) wybrałam się na spacer „nad rzekę”. Czyli patrząc na powyższe zdjęcia, prosto, jeszcze za pałacem.

Uprzednio spędziłam kilka chwil przy pałacu, do którego prowadzą wszystkie moje drogi 😀

palacio palacio palacioIdąc sobie wiaduktem, próbowałam uchwycić jakąś panoramę krzaczorów, ale wiało okrutnie, i nawet mi się nie chciało silić na oryginalność fotograficzną 😀

Madrid Madrid Madrid

Polazłam w zakamary. Dobrze, że mam tablet, to przynajmniej wiem, gdzie jestem – przecież te papierowe mapeczki są tak niedokładne, że bym w życiu się nie wydostała z tych uliczek. Tzn. ja znam język, to się wydostanę, ale jak ktoś nie umie ni w ząb hiszpańskiego, to miałby problem.

Mijając po drodze kilku księżulków w białych samochodzikach (bo szłam koło seminarium 🙂 ) dotarłam wreszcie do rzeki Manzanares, która przyciągnęła więcej samozwańczych fotografów (mam na myśli tego pana w lewym dolnym):

ManzanaresOgólna panorama nie jest być może zbyt malownicza:

ManzanaresManzanaresJednak przecież piękno, to pojęcie względne 🙂

No i kto bogatemu zabroni zrobić fontannę na środku rzeki??

ManzanaresManzanares ManzanaresWedług mnie, a nie znam się na gospodarce wodnej, trochę tam jest za bardzo upstrzone, no ale może to wynika z kompleksu małej rzeki 😛 Jedni mają Wisłę wijącą się jak wstęga wzdłuż całego kraju, drudzy potężną Tamizę, inni Amazonkę lub nawet Nil, a biedny Madryt, ma taką rzeczunię 😛

ManzanaresAle za to widok jest i na Katedrę:

ManzanaresI na Edificio España również:

ManzanaresWięc w sumie na co tu narzekać? Most też całkiem do rzeczy:

ManzanaresPrzeszedłszy się bulwarami, oraz innymi miejskimi zabudowaniami zakończyłam spacer wdrapując się po kamiennych schodach w okolice powyższego Edificio España.

Madrid MadridŻeby nie było, że tylko zwiedzam i zwiedzam, poszłam na zakupy 😛 Obłowiłam się w Mango. Nie wiem jak ja to wszystko dopakuję do walizki…

Podczas mej drogi powrotnej do hotelu zaczepił mnie Spider Man. We własnej osobie. I powiedział, że mam ładne oczy.

Następnie kupiłam kawę w sąsiedzkim McDonaldzie i tak zaopatrzona wróciłam do hoteliku, gdzie spędziłam spokojny wieczór, pomalowałam paznokcie i oglądałam wyrywkowo telenowele i teleturnieje. Także ładuję przysłowiowe baterie i łypię okiem na kanapki na stoliku, chyba jedną zjem! 😀

Jedyne co zaczynało powoli spędzać mi sen z powiek to warunki atmosferyczne w Polsce.

A w ogóle to zaczynam się denerwować lotem, bo dzisiejszy lot do Krakowa przekierowali do Katowic przez mgły… 😦 Jakżeż ja dolecę do domu?

Póki co jednak zajmuję się planowaniem ostatniego dnia w Madrycie. Czyli z niego wyjadę 🙂 na wycieczkę do Aranjuez, o czym w następnym wpisie 🙂

Reklamy