Tagi

,

Po długiej i dość intensywnej sobocie czekała mnie jeszcze bardziej zabiegana niedziela. No cóż. Nic nie poradzę na to, że w weekendy się najwięcej dzieje. A jeszcze TAKI weekend, to dopiero!

Otóż 12 października w Hiszpanii wypada Święto, Día de la Hispanidad (Dzień Hiszpańskości), znane też jako Día de la Raza (Dzień Rasy – oczywiście Hiszpańskiej) czy po prostu Fiesta Nacional (Święto Narodowe). 12 paźdzernika nawiązuje do roku 1492, kiedy Kolumb „odkrył” Amerykę. Na pamiątkę tegoż spotkania kultur, tej hiszpańskiej, i tej autochtonicznej, świętują właśnie w ten dzień. Na uroczyste obchody przyjeżdża Rodzina Królewska, przez miasto maszerują defilady reprezentacji jednostek militarnych z kraju i zza granicy również (np. z Maroka). Wszystko zaczyna się ok 11.00 natomiast ludzie zajmują miejscówki już od rana 😉

Rezerwując bilety na wakacje zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, że mój pobyt zahaczy o ten dzień. Kiedy to sobie jednak uświadomiłam, obiecałam sobie, że KONIECZNIE muszę wziąć udział w obchodach. Jednak rano miałam jeszcze inną misję, pt. El Rastro. Ha! A cóż to?

Otoż Rastro to taki pchli targ. Co niedziela w wyznaczonym rejonie wystawiają swoje stoiska sprzedawcy przeróżnych rzeczy: od odpustowych cukierków, przez podróbki ubrań znanych marek, stare książki/komiksy/pocztówki, biżuterię etc aż po stare hełmy i części do czołgów.

Mniej więcej wygląda to tak (Źródło:elrastro.org)OLYMPUS DIGITAL CAMERAOczywiście wszyscy radzą, aby mieć oczy dookoła głowy – na Rastro nie brakuje kieszonkowców. A już szczególnie upatrują sobie biednych turystów, którzy wyróżniają się z tłumu i Z PEWNOŚCIĄ mają ze sobą dużo cennych rzeczy, typu pieniądze, biżuteria i dokumenty. Jako, że jestem nader sprytnym człowiekiem, zapakowałam się tak, że nikt nie miał prawa mi czegokolwiek zwędzić 😀 Otóż: zamiast torebki wzięłam małe etui na aparat fotograficzny (aparatu oczywiście nie brałam), wepchałam do niego trochę gotówki i klucze do hotelu. Etui oczywiście zawiesiłam na sobie pod kurtką, która jest dość obszerna. Ma na dole ściągacz, więc nawet od dołu nie ma szans, żeby się ktoś dobierał do mojego etui 😀 Nie brałam telefonu (bo gdzież będę dzwonić), ani dokumentów (gorzej jakbym wpadła pod samochód i straciła przytomność, to nikt nic o mnie się nie dowie – byłabym niczym Gaudi, który umarłszy pod tramwajem spędził anonimowo kilka dni w kostnicy bo nikt nie wiedział, że to zwłoki „tego” znanego architekta. On co prawda się zapuścił i zdziadział, i dlatego go nie rozpoznali, ale dokumentów też nie miał 🙂 ). Mapa do kieszeni, na wszelki wypadek, i sunę na targ! Dotarłam do niego oczywiście na około, bo jakżeż bym mogła inaczej (przeszłam sobie uliczkę, w którą miałam skręcić). Ale doszłam. Sprzedawcy 50+ patrzyli na mnie „z wilka”. No i tak, idę idę, a tu jakieś graty. Jakieś lampy Alladyna, jakieś stare komiksy, części do samochodów. No cóż, w pamiątki się nie obłowię. Ale jak już tu doszłam, no to przejdę całą ulicę.

w gąszczu tego badziewia trafiłam na stoisko z porcelanową biżuterią. Kupiłam moim kuzynkom kolczyki, ale żebym nie była stratna, to sobie też kupiłam 🙂

Haha, grunt to dobra filozofia życiowa 🙂

Po tymże zakupie uznałam, że misja spełniona, mogę wracać. Idę idę, a tu takie PIĘKNE szale! Szałowe szale 🙂 po 5 eurasków. I aż się do mnie uśmiechają, „kup mnie” 😀 Obchodziłam to stoisko do okoła chyba ze 3 razy, w końcu stwierdziłam, że raz kozie śmierć, kupuję osiemnasty czy dwudziesty-któryś szaliczek do kolekcji. No bo przecież „takiego jeszcze nie mam”. Tak zaopatrzona i szczęśliwa wróciłam do hotelu, zakupiwszy po drodze empanada vegetal co by nie pomrzeć z głodu. Dopiero w pokoju zorientowałam się, któraż to godzina, bo zegarka w afekcie zapomniałam zabrać. A to już 10.30 minęła! Parada (desfile) zaraz się zacznie! Tak więc wyleciałam jak z procy po raz drugi.

Doszłam na plaza de Cibeles w przeświadczeniu, że nie zdążę, ale nie było co panikować, bo żeby coś widzieć to chyba bym musiała wyjść o 9 z domu. Także cóż, wyszło piękne słońce i wreszcie mogłam założyć okulary słoneczne. Połaziłam w te i we wtę, ale szczerze mówiąc, to dużo nie widziałam (ach, karłem być!), nawet nie do końca mam pewność, w którym momencie konkretnie przejeżdżała para królewska (choć stałam kilka metrów od ich trasy). Stałam tam z godzinę, wśród podekscytowanego tłumu.

Zanim to wszystko się zaczęło, odpowiednie służby konne zajmowały się „ogarnianiem tłumu”

desfileOczywiście konie też były same w sobie atrakcją.

Nagle: coś się dzieje! Na telebimach zaczęła się transmisja część oficjalnej, która odbywała się plaza de Neptuno. Ministry i inne osobistości hołdowały królowi, królowej i królewnom. A następnie hura hura, zaczęła się część widowiskowa na niebie. Miałam bardzo strategiczną pozycję – pod drzewami.

desfileAle jak widać, w niczym to nie przeszkodziło 🙂

Starałam się jak mogłam szybko przełączać funkcje „film” i „zdjęcia” 😀 Efekty filmowe poniżej:

Oczywiście jak to bywa przy dużym skupisku ludzkim, trwał festiwal „kto ma większy tablet/telefon”:

desfileA ja, bidna turystka z Polski, miałam aparat fotograficzny. Co za przeżytek!

Jednakowoż nie przeszkadzało to nikomu, tłum szalał, flagi powiewały, ktoś wrzasnął za moim uchem „qué viva Guardia Civil!” czyli Niech żyje Guardia Civil! Hura hura.

blog64http://www.youtube.com/watch?v=bkc5vVLrXbI

Deczko więcej będzie widać na poniższym filmie, ponieważ przez minutę stałam na palcach i maksymalnie wyciągałam rękę 😀 Kręciłam „w ciemno” bo nie widziałam co kręcę. Ale człowiek to się musi poświęcić! 😀

Pewien starszy pan nawet przepuścił mnie przed siebie: pewnie wyszedł z założenia, że on już tyle razy to widział, że da się innym nacieszyć z jego miejscówki 🙂 Następnie przedefilowały „koniki”. Myślałam że nie wytrzymam nerwowo – za mną stał jakiś facet z synkiem i powtarzał do niego „patrz! koniki!” i to słowo „caballitos” powtarzał przed PIĘĆ MINUT bez przerwy. Nie zniese!

Wszyscy przedefilowali, tłum się powoli rozchodzi. Co tu robić? No to idę raz tu, raz tam, rozchodzę się „za tłumem” tak oto:

desfile…natomiast straż konna zaczyna znowu nas zaganiać. Podsłuchujemy gromadnie, że jeszcze tą trasą przejadą „autoridades„. Jako, że tym razem osiągnęłam naprawdę strategiczne miejsce, bo w pierwszym rzędzie, stwierdziłam, że choćby nie wiem co, zostaję!

Biedne koniki były najbardziej zestresowane tym wszystkim 😦

A ludzie jak „sieroty” latali to na prawo, to na lewo. Policja nie ogarniała tych uciekających, konie tym bardziej. Ale wszyscy już byli zniecierpliwieni i ciekawi, któż tędy przejedzie. W sumie nie wiem, kto przejechał, bo przecież nie rozpoznaję tych twarzy, może kilku polityków, i tyle 😀

I tak uważam, że główną atrakcją były piękne konie Gwardii Królewskiej (miały na zadkach „wytatuowane” godło) i równie piękni panowie policjanci ❤

desfileZdjęcie pt. „było nas tyle, że ho ho!” 😀

desfilehttp://www.youtube.com/watch?v=3C47GvrqKPg

Po przejeździe wszystkich autoridades mogliśmy się rozejść. Koń odwrócił się do mnie tyłem, więc uznałam się wyproszona z towarzystwa…

desfile…ostatnie ujęcie flag…

desfile…i pędzę do muzeum. W końcu dzień bez muzeum to dzień stracony 🙂

Stanęło na Thyssen-Bornemisza. Stanęłam w długiej kolejce (która się wykruszała po tym, jak kilka osób zorientowało się, że wstęp nie jest jednak darmowy), zakupiłam bilet i zaczęłam zwiedzanie. Było FANTASTYCZNIE. To muzeum podobało sie o stokroć bardziej niż Prado. Zdjęć nie robiłam, bo i po co, mam za to pocztóweczki.

Po zwiedzaniu w ramach burżujstwa zasiadłam w muzealnej kawiarni i udawałam znaną pisarkę (:D): wyjęłam zeszycik i pióro, zaczęłam spisywać swe inteligenckie myśli (a przynajmniej inni tak mogli myśleć, nie wiedząc co piszę). Spożyłam pyszny lanczyk, i aż nie chciało mi się stamtąd wstawać…

pincho y smoothieDochodziła dopiero 15,  dzień jeszcze młody. Pora na drugie muzeum 🙂 Trzecie z triángulo del arte, które mi zostało, czyli muzeum Królowej Zofii. Najbardziej fascynującym miejscem była dla mnie winda 😀

madrid reina sofiaPrzeszedłwszy całe muzeum (które mnie raczej nie zachwyciło, jako, że nie jestem wielbicielką sztuki współczesnej, a taka tam przeważa), po zwiedzaniu zjechałam windą i opuściłam obiekt. A jechało się tak oto:

Będąc cały dzień na nogach (od 8, a była już 18.30) zakończyłam dzień w katedrze na mszy. W końcu jak integracja to integracja. Kazanie zrozumiałam, to najważniejsze 😀

Następnie wróciłam do hotelowego pokoju i padłam na twarz 😀 Dla rozrywki włączyłam mój ulubiony kanał tv z latynoską muzyką, także na zakończenie wklejam jedną z piosenek, która najbardziej zapadła mi w ucho i tym samym stała się melodią kojarzącą mi się z tym wyjazdem 😀 Co tam dziewczyny w cekinach: jacy śliczni panowie bracia! 😀

Miłego słuchania! 😀

Reklamy