Poniedziałek, 6 października

Zaczynam się denerwować. Loty do Madrytu z Krakowa zostają przekierowane do Katowic z powodu mgły. Boję się, że w środę z moim lotem będzie to samo. Wiem, że przecież nikt mnie nie zgubi, i że będzie w razie czego wszystko zorganizowane, ale lecąc sama, wolałabym nie mieć takich niespodzianek…

Wtorek, 7 października, wieczorem:

Pakowanie jakoś poszło… 🙂 Dzielnie dopchałam m.in. odpowiednią ilość koszulek, sandały (no bo miało być 20 stopni i słońce), okulary słoneczne, wachlarz (no bo jak to, w Hiszpanii bez wachlarza?!) i sweterek na wszelki wypadek. Po raz „enty” posprawdzałam, czy zapakowałam wszelkie możliwe dokumenty, i cała w nerwach poszłam spać, korzystając z pierwszych godzin urlopu (a jakby nie patrzeć, to pierwszy urlop w moim życiu, bo przecież jak tu mówić o urlopach, kiedy się studiowało :)). Oczywiście karty pokładowej na lot powrotny jeszcze nie mogłam wydrukować, więc musiałam to odłożyć na poranek. Oby nie mglisty.

Środa, 8 października

Jest prawie 6 rano, nerwy szaleją. Raz jest spokojnie i luzik, a za chwilę lekka panika. Mgły dziś już nie ma, więc chociaż tyle, że odpada ryzyko przekierowania lotu do Katowic. O 5 rano udało mi się zrobić odprawę powrotną, mam miejsce przy oknie. Ale mam wątpliwości co do mojego planu działania, bo mam wrażenie, że średnio wiem co mam tam ze sobą zrobić. No bo co, tylko po muzeach to się wykończę. No nic, jak dolecę, to na pewno mnie natchnie 🙂

Tata dzielnie mnie zawiózł na lotnisko. Lot był przewidziany na 10.30 a my dojechaliśmy już na 8 oczywiście. Balice niemal puste, gdzieniegdzie jacyś koczujący ludzie. Jak tylko się kochany Rajanér otworzył ku nam, turystom, pomaszerowałam ku odprawie.

całe szczęście, że wzięłam na podręczny tylko torebkę, bo bagaże, które miały maksymalne wymiary ładowali do bagażników, także dziękuję bardzo, żeby wszystkie moje sprzęty i dokumenty gdzieś zabrali.

Przy kontroli celnej było przede mną takie małżeństwo ok. 60-tki no i mieli całą masę rzeczy do wyjęcia. Zachowywali się przy tym dość komicznie, taka przerysowana scenka jak z Almodóvara („zdejmij jeszcze naszyjnik” mówi spokojnie on, „nic nie będę zdejmować!” krzyczy ona). Oczywiście ani dudu po polsku, po angielsku też nie bardzo, więc widząc zrezygnowaną minę celniczki uprzejmie zaproponowałam, że mogę pomóc, bo znam hiszpański, to przetłumaczę co trzeba, jeśli oczywiście sobie życzy. Pani się rozpromieniła („ooo byłabym wdzięczna, proszę ich zapytać czy mają jakieś kable, płyny (…)”), ja przetłumaczyłam, na co Żona zabrała się do deklaracji tego co trzeba, a Mąż z kolei uznał, że ciekawszym zajęciem niż kontrola celna jest rozmowa ze mną („oo jak dobrze mówisz po hiszpańsku! Lecisz na Erazmusa? Nie? O, pracujesz w biurze podróży! I w kopalni soli! Ale super! A my? Byliśmy na wakacjach, w 3 tygodnie objechaliśmy cały kraj, w Twojej kopalni też byliśmy”), no ale w związku z tym, że Żona ich dość sprawnie odprawiła, poszli w swoją stronę. Ja zostałam skontrolowana dość ekspresowo i pobieżnie, przez  wdzięczną celniczkę („u pani jest wszystko w porządku”), także też poszłam w swoją stronę oczekiwać na lot. Zakupiłam wodę, świeżą prasę, zasiadłam na plastikowym krzesełku i nieco bezmyślnie zaczęłam przerzucać kartki babskiego piśmidła, bo i tak nie mogłam się skupić na tym, co czytałam. Po chwili widzę jak moi nowi znajomi pędzą do mnie ze swoimi tobołkami („nie chcesz czasem poćwiczyć hiszpańskiego?”) i jako, że to bardzo towarzyski naród, rozpoczęliśmy na nowo rozmowę. No i tak sobie z godzinę gadaliśmy, okazało się, że są z Santander i oczywiście mnie zapraszają do swojego domu. Ha! Emerytowany hiszpański nauczyciel matematyki moim pierwszym znajomym z podroży.

Potem w samolocie było ok, co prawda jakieś dziecko ciągle się darło, ale jakoś to przeżyłam. Punktualnie o 14.00 dolecieliśmy do Madrytu, wytarabaniliśmy się z samolotu i czekamy na bagaże. Mój emerytowany kumpel od razu mnie wyczaił („nie zapisałaś sobie mojego meila! Zapisz sobie! I napisz do mnie, że jesteś z kopalni to będę wiedział, że to ty”). A i owszem, nie dopytywałam o namiary, bo przecież na początku każdy mówi „przyjedź do mnie” a potem jak przychodzi co do czego, to nic z tego nie wychodzi. Zresztą, nie mam zamiaru się nikomu napraszać. Ale skoro drugi raz sam mi ten adres podaje, to oczywiście zapisuję. Doszła i szanowna małżonka. Mija 10 minut, 20, pół godziny, i ani jedna walizka nie wyjechała… Nie nudziłam się, bo Rosi mi opowiadała gdzie zakupiła swoje bursztyny, ja im opowiadałam o polskich ślubach i weselach, porównywaliśmy przeróżne aspekty życia w naszych krajach, także było całkiem miło. Zgadaliśmy się, że oni tak jak ja muszą jechać metrem, i że nawet wysiadamy na tej samej stacji. Wreszcie po 50 minutach wyskoczyły pierwsze walizki. Tradycyjnie moja zawsze na końcu, więc wcale mnie nie zdziwiło, że jej nie było tak długo. No ale ludzi już tylko garstka, a naszych walizek dalej ani widu ani słychu. Moja biała w znaczki jest dość charakterystyczna także wystarczył rzut oka na taśmę i widziałam, że jej nie ma. Moi Hiszpanie już swoje znaleźli ale stwierdzili, że na mnie poczekają. W międzyczasie udzielali mi rad, kto kradnie, jak trzymać torebkę w metrze etc. Gdy wreszcie moja śliczna walizunia ujrzała światło dzienne stwierdzili ze śmiechem: „dziecko, ty nigdy nie zgubisz takiej walizki!” 😀 Otóż to! 😀

Ruszyliśmy „ku metru”. Pamiętam z przed roku, że trzeba skręcić w prawo. Oni nie byli pewni, zapytali kogoś z obsługi, no i oczywiście, trzeba iść w prawo. Automaty nie przyjmowały banknotów, co utrudniło mi zakup biletu… Ale koniec języka za przewodnika! Kupiłam w okienku, no bo co to dla mnie 😀 Pojechaliśmy te 3 stacje razem, wysiedliśmy i pożegnaliśmy się. Oni już wysiadali na parking i do Santander, natomiast mnie czekały jeszcze 2 przesiadki. Do tej pory w ich towarzystwie byłam jakby pod płaszczem ochronnym, bo co lokals to lokals. Teraz zostałam już sama ze sobą (rzekłabym „skazana na pastwę losu” ale brzmi to zbyt tragicznie i nieadekwatnie do mej sytuacji faktycznej). Kobieta mnie nastraszyła, że w metrze Rumunki kradną na potęgę, więc teraz w każdym widziałam podejrzanego. A to było chyba z 15 stacji. Ale na szczęście nie zgubiłam się, nikt mi krzywdy nie zrobił.

Wreszcie wyszłam i dotarłam do hotelu. Obok mam Museo del Jamón i Montaditos! ♥

Hura hura! 😀 Pamiętacie słynne Montaditos? Kto nie pamięta, niech zajrzy do archiwalnej notki tutaj.

No i tak, na 4 piętro weszłam piechotą bo winda sprawiała wrażenie nie działającej, a nie chciałam się zatrzasnąć w windzie samotnie w obcym kraju nie wiedząc nawet gdzie dzwonić po ratunek. W hotelu otworzył drzwi jakiś słodki chłopak (no dobra, chłopak lat ze 35 bo pracuje „w branży” 16 lat, jak mi potem powiedział) i po krótkim „hola buenos días” stwierdził, że ja to muszę być Olgą, bo poznał po akcencie. Jakim kurcze akcencie, skoro powiedziałam do niego dwa słowa??? Zresztą, łatwo wydedukować kto przyjdzie tego dnia się zameldować, i mam nadzieję, ze mnie wkręcał i że nie mam tak fatalnego akcentu. Do stu diabłów, caramba! 😀

No ale śmieszny pan, który nie mam pojęcia jak ma imię, made my day. Żart za żartem, ale chociaż walizeczkę zawiózł do pokoju, instruktaż dał, i dane me pospisywał. W międzyczasie (gdy on uciekł spisywać te dane) zaczęłam się rozpakowywać i pierwsze co, to zawaliłam pół łóżka kosmetykami itp., więc jak on wszedł to stwierdził, że tym bałaganem w 2 minuty dowiodłam, że jestem typową kobietą, tym bardziej, że pierwsze co wyjęłam to kosmetyczka 😀 No i ciągle się tak wygłupiał („oj żartuję, przecież wiesz!”) i dawał „cenne” rady, np że można pić wodę w Madrycie i żebym była grzeczna i piła tylko tę wodę a nie wino czy piwo. Albo że droga do parku Retiro mi zajmie jakieś pół godziny. Jemu co prawda 10 minut, no ale ja pewnie będę ciągle robić zdjęcia madryckim facetom także może mnie zejść trochę dłużej 🙂 Kolejna cenna rada, to to, żeby zamykać drzwi jak wychodzę. Ponoć nie dla wszystkich to logiczne. Pośmialiśmy się, ale czas się było rozstać. Po raz pierwszy od wylądowania popatrzyłam na telefon, była już chyba 17.30 ale ale. Pika ikonka, że sms do rodziców o treści „wylądowałam” nie doszedł. Co więcej, nie mam zasięgu. Wywnioskowałam, że widocznie mam pokój w jakiejś dziurze, więc szybko wzięłam najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyłam w miasto, żeby kupić jakąś wodę etc. Na dole też nie ma zasięgu. Włączyłam i wyłączyłam telefon i nic. No to lipa, sama w obcym kraju, bez telefonu… Moje pomysły się wyczerpały i weszłam do salonu Movistara, skoro koniec języka za przewodnika, i pytam laski, czemuż mój telefon nie działa. No i co, ona mówi najprostszą rzecz na świecie: roaming. Ha. Zapomniałam, że przechodziłam na abonament, więc może mi tego nie aktywowali, ale kurczę, czemu w 21 wieku nie mam automatycznie włączonego roamingu?!?! Także wróciłam do pokoju, napisałam meila (chociaż tyle, że był w tablecie internet) i następnego dnia odzyskałam łączność telefoniczną ze światem. Oczywiście mama się mocno denerwowała, że jest 18.30, miałam wylądować o 14, wydzwania do mnie a tu „Abonent nieosiągalny”. Meila nie pomyślała sprawdzić 😉 Podejrzewałam, że po głowie jej chodzi, że na pewno już jestem poćwiartowana i sprzedawana na części. Jak to mama jedynaczki w samotnej podróży.

Ale grunt, że wszystko dobrze się skończyło, łączność ze światem odzyskałam, świat ze mną też.

póki co, dochodzi 21, czas opracować plan na jutro i do spania! 🙂

A trzeba Wam wiedzieć, że opracowanie planu to nie taka prosta sprawa. Miałam tyle pomysłów, a tu trzeba było sprawdzić, co jest obok siebie, godziny otwarcia, ewentualne bilety, jak zgrabnie dojechać metrem w kilka miejsc na raz (to dopiero wyczyn!) i takie tam szczegóły. Niby proste, a jak człowiek chce zobaczyć tyle rzeczy/miejsc, to głupieje. Tym bardziej, że byłam tu rok temu i wszystko co najważniejsze już widziałam.

Ciąg dalszy nastąpi 🙂

Reklamy