Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Dzień zaczęłam niebanalnie bo od…zakupów. W końcu trzeci dzień leci, czas na typowe rozrywki wakacyjne 😛 Tak więc zakupiłam „słodką” sukienkę, granatową w groszki, z paseczkiem. Cena okazyjna, żal nie skorzystać, a pamiątka z Madrytu to nie byle jaka. Jednakowoż dzień ten obfitował również w inne atrakcje 😉

Monasterio de las Descalzas Reales, czyli klasztor karmelitanek bosych. Dawna siedziba habsburskiego imperium, dziś kryje skarby sztuki o oszałamiającej wartości. Powiązania z członkami rodzin królewskich (przykładowo Maria Austriaczka zamieszkała w klasztorze) powodowały, że do Monasterio wpływały liczne drogocenne dary (np. obrazy El Greco, Velazqueza, Tycjana czy Rubensa).

descalzasDalej wylądowałam na calle Arenal gdzie mieści się Iglesia de San Ginés, gdzież to modlili się Lope de Vega albo Quevedo (dramaturdzy z XVII w.).

san ginesZaraz za rogiem (tym lewym) jest stoisko z książkami, a idąc w głąb uliczki trafiamy na kultową Chocolatería San Ginés, gdzie  od 1894 r. podaje się wyśmienite churros con chocolate, a kelnerzy w muszkach i zielonych kamizelkach dodają miejscu uroku 🙂

chocolateria

Udało mi się wreszcie dotrzeć na Plaza Mayor, taki Rynek Główny czy tam Starówka (jak zwał, jak zwał). Na krakusach nie robi on oszałamiającego wrażenia, dlatego, że rozmiarowo jest mniej więcej 4 razy mniejszy od krakowskiego Rynku… Ale niczego mu nie ujmuję (oprócz rozmiaru :)), przyznać trzeba, że też jest piękna ta ich Plaza. Z wrażenia zrobiłam tylko jedno zdjęcie, bo po pierwsze, miałam ze sobą za dużo tobołów (torebka, torba z sukienką, torba z informacji turystycznej z mapami, folderkami i gazetkami) i wyciąganie z tego wszystkiego aparatu zakrawało na lekką akrobatykę. W dodatku bateria mi zaczęła migać na czerwono, więc nie chciałam jej rozładować tak od razu, i oszczędzałam pstryknięcia 😉

plaza mayorCały plac (z XVII w.) otoczony jest budynkami z czerwonej cegły a na środku figuruje pomnik konny Filipa III (trochę tych pomników mają, połowa na koniach, i zazwyczaj to Carlosy lub Filipy, także można się pogubić ;)). W tle widzimy Casa de la Carnicería czyli miejsce gdzie rzeźnicy przechowywali i sprzedawali mięso. Ot taki wielki mięsny.

Postanowiłam choć raz przejść trasę zgodnie z poradami przewodnika (żeby ich oczywiście sprawdzić) także potulnie przeszłam pod Arco de Cuchilleros, czyli łukiem nożowników. Brawo. Ukazał mi się wtedy bar Valle del Tietar z typową fasadą z pomalowanego na czerwono drewna. Dalej Mercado de San Miguel czyli hala targowa św. Michała, która oferuje wyśmienite smakołyki w gwarnej atmosferze 😉 Idąc ulicą nożowników (calle Cuchilleros) doszłam do Casa Botín, najstarszej restauracji w Madrycie, działającej od 1725 roku!

Kolejny punkt programu to skręt w Calle Segovia, która to ulica jest korytem niegdysiejszego strumienia, który w średniowieczu dopływał do rzeki Manzanares. Na Plaza de la Paja (Plac słomiany) przełamałam się i wyjęłam aparat – nie mogłam przejść obojętnie obok kościoła Św. Andrzeja (Iglesia de San Andrés):

San AndresNieopodal obczaiłam rosyjską restaurację (co ciekawe ciągle byłam przekonana, że to była ukraińska knajpa i podejrzewam, że gdzieś musiało pisać „ucraniano” bo przecież tego nie wymyśliłam) – niestety podczas mojego pobytu nie zdążyłam jej przetestować, ale „El Cosaco” i jej urocze menu zapadło mi w pamięć: „kulebiaka” (to po hiszpańsku :)), los blinis (czyli pewnie bliny) Ekaterina albo Principe Igor, Pelmeni siberiano, Shaslik Kamchatka (brzmi jak szaszłyk :p), Bitki Strogonoff, Kisel (czyżby kisiel?) – aż jestem ciekawa, czy tam chodzą Hiszpanie czy restauracja powstała na potrzeby rosyjskich turystów, którzy tęsknią za swoimi smakami podczas dwutygodniowych wakacji? 😀

Na Plaza de Ramales mą uwagę przykuł ciekawy budynek:

pza de ramalesZrobiłam piękne kółeczko i trafiłam pod Pałac. Wdrapałam się na jakieś mini wzgórze (w trakcie wdrapywania się zorientowałam, że w krzaczorach się czai jakiś podejrzany typ, no ale w sumie nie było gdzie uciekać, zrobiłam szybko zdjęcia i wymyśliłam, że przy tak świętym miejscu nie stanie mi się krzywda. Typ na mnie spojrzał, ale zupełnie go nie obchodziło co ja tam robię i sobie dalej stał. Może to po prostu jego całodzienna miejscówa była?), i zrobiłam zdjęcia katedrze Almudena, do której dopiero trzeciego dnia dotarłam, choć miałam ją pod nosem.

AlmudenaKonsekrowana w 1993 r. przez papieża Jana Pawła II, Catedral de Santa María la Real de la Almudena wzbudza mieszane uczucia. Mnie osobiście zachwyca, natomiast są też głosy, że niekonsekwentnie miesza się w niej tyle stylów architektonicznych, że nie ma to ładu ni składu. Wszystko to dlatego, że jej budowa trwała ponad 100 lat, a każdy nowy architekt coś zmieniał w projekcie.

Bezpośrednio obok katedry jest już Pałac, którego zdjęcia z drugiej strony już wrzuciłam wcześniej 🙂

palacio

Ku mej satysfakcji wróciłam bez patrzenia w mapę. Fajnie, że już czuję gdzie co jest mniej więcej, chociaż te uliczki są dla mnie trochę jak na rynku krakowskim, czyli niby wiem gdzie iść, ale ciągle jest szansa, że się zgubię 😀

A urocze jest to, że jak drugą noc z rzędu miałam koc pod poduszką [żeby spać wyżej bo na płasko kaszlę], to dziś dostałam drugą poduszkę a koc włożyli do szafy. Słodko!

No taka to miła obsługa hotelowa 😉

Po sjeście umówiłyśmy się, że jedziemy do Escorialu, także zabrałam co miałam, i w największym słońcu o 14.30 wyszłam sobie na Gran Víę i zrobiłam „spacerek” pod Kolumba, o czym w następnej opowieści 😉

Reklamy