Tagi

, , , , , ,

No i wreszcie można było osiąść gdzieś na dłużej ;)) W piątek po południu dotarliśmy do hotelu, w którym mieliśmy pozostać AŻ do poniedziałkowego popołudnia 😉 Czyli generalnie SZAŁ bo do tej pory w hotelach bywaliśmy tylko na jedną noc, więc nawet nie było sensu się zbytnio rozpakowywać, bo po nocy znów trzeba było dopinać walizki 😉 Także jechaliśmy sobie główną drogą, po prawej podobno plaża, a my oczywiście skręcamy w lewo. I co gorsza jedziemy i jedziemy… i jedziemy 😀 I to pod górkę 😀 No nic, każdy się rozgląda na prawo i lewo, że to może już TEN  hotel, ale nie, jedziemy dalej 😀 no i wreszcie, gdzieś na czubku góry, nasze El Paraiso 😀

Hotel całkiem przyjemny, ogromny i przestronny, więc wszędzie się trzeba nachodzić, no ale co gorsza- do plaży podobno 4 km!!! 😦 Więc mniej wytrwali skazani na opalando przy basenie hotelowym 😛 Ale w końcu jesteśmy na wakacjach, więc nie będziemy się martwić na zapas, i bierzemy z recepcji kartę do pokoju, myślami już oddając się rozkoszy kąpieli po ciężkim dniu 🙂 Ale nic nie może nam przyjść łatwo, karta nie działa, i nie możemy wejść do pokoju 😀 No więc Aga biegnie na dół robić tzw. „awanturę” 😛 Wraca i mówi, że ponoć już ma działać. Ale guzik prawda, wkładamy ją ze wszystkich możliwych stron, we wszystkich tempach, bo może trzeba szybko albo wolno, nigdy nic nie wiadomo 😀 Ale dalej NIC 😦 Wreszcie nadszedł jakiś pan w szortach, zachowywał się jakby znał sprawę, więc początkowo myślałam, że to jakiś pracownik hotelu w cywilu, ale potem się okazało, że mieszka w pokoju obok 😀 Grunt, że był skuteczny i otworzył nam te drzwi, aczkolwiek to też nas w stu procentach nie uspokoiło, bo przecież z pokoju będziemy wychodzić, i jak się tam potem dostaniemy?! 😀 Jednakowoż w tamtym momencie wygrało pragnienie prysznica, i odrzuciłyśmy czarne myśli na bok 😀

Przy kolacji, wszyscy w wyśmienitych humorach, każdy już skory do integracji, bo przecież następne dni zarezerwowane wyłącznie na leniuchowanie  🙂 Optymistycznie nastawione do świata, również zrobiłyśmy podejście do tego wieczorku integracyjnego „pod drzewem”… ale szybko się z niego wymiksowałyśmy, niestety, nie dorastali do naszego poziomu intelektualnego, a my byłyśmy chyba zbyt trzeźwe by znosić te prymitywne tematy 😀 Także dalszą część wieczoru integracyjnego spędziłyśmy na naszym balkoniku, jak zwykle plotkując i zwierzając się sobie hehe 😀

Na kolejny dzień (sobotę) zaplanowałyśmy relaksujący shoping  w Marbelli 🙂 Zachęcone tym, że jest to luksusowy kurort arabskich szejków 😀 Co więcej, był to dzień moich urodzin, w związku z czym uznałam, że bez oporów mogę się oddać przecenom 😀 Ale dzień zaczęłyśmy od śniadanka, na tarasie z widokiem na Gibraltar! 🙂 Lepiej być nie mogło 🙂 Potem kawka nad basenem, i można ruszać w trasę 🙂 Każda okazja do gadania po hiszpańsku jest dobra, więc w recepcji popytałam gdzie mamy w tej Marbelli wysiąść, czy przystanek się jakoś nazywa czy jak to w ogóle rozegrać, a kobieta mi dużo w sumie nie pomogła, bo powiedziała, że zobaczę jak już będzie „Centro” i wtedy trzeba wysiąść 😀 Wolałam nie pytać, co będzie jak nie zauważę centrum 😀 😀 Stoczyłyśmy się na dół naszego wzgórza, i stanęłyśmy na przystanku. Niebawem przyjechał autobusik, z panią kierowczynią, która świetnie krzyczała ważniejsze nazwy przystanków 😀 „San Peeedrooooo!” „Marbella ceeentrooooo!” 😀 Za pierwszym razem nie wiedziałyśmy w ogóle co się dzieje, czy to już koniec czy jak, no ale widząc, że ludzie siedzą, to i my się nie ruszamy z miejsc 😀 Jak wykrzyczała nasze centrum, no to wysiadłyśmy, ale po chwili stwierdziłyśmy, że znów mamy powtórkę z rozrywki [patrz: Malaga], choć tym razem to nie slumsy, ale też nie wygląda to na centrum, które sobie wyobrażałyśmy 😀 W desperacji weszłyśmy do Zary, skorzystałam z pretekstu urodzinowego i sprezentowałam sobie bluzkę 😛 W między czasie zadzwoniła do mnie z życzeniami Kaja ze Szwecji 🙂 Powiedziała mi, że oczywiście napisała mi życzenia na czego-to-niemającym facebooku, ale stwierdziła, że lepiej jeszcze zadzwonić skoro jestem „poza cywilizacją” 😀

Profilaktycznie stwierdziłyśmy, że lepiej się w tą kilkupasmówkę nie zagłębiać i poszłyśmy „w dół” mając nadzieję, że tak trafimy do morza 😀 i o dziwo się udało! 😀 Długo się nie zastanawiając, kupiłyśmy mapkę, żeby już nie błądzić tyle. Przy plaży zaczął się nasz zachwyt nad Marbellą 🙂 🙂 Tam faktycznie widać było to turystyczne podejście: co chwilę knajpki (nawet często leciała salsa!), palemki, ławeczki, zjeżdżalnie, leżaczki itp. Dla nas, przyzwyczajonych do slumsów, była to miła odmiana 😛 Idziemy sobie powolutku, a tu nagle Aga wypala: „Popatrz, transparent urodzinowy 100 lat Ola!” 😀 Haha no i faktycznie, leciał samolot a z tyłu miał zawieszoną reklamę, i tak po niebie się szerzyła propaganda, no ale doprawdy, mogłyby to być i życzenia na pierwszy rzut oka 😀

Wreszcie udało się odnaleźć i „casco antiguo, stare miasto, którego tak szukałyśmy 🙂Zachwytów ciąg dalszy: wąskie białe uliczki, placyki z fontannami, drzewa pomarańczowe, nigdzie nie spieszący się ludzie.. Schodki raz w dół, raz do góry. Zapuściłyśmy się między prywatne domy, ludzie wieszali pranie, podlewali kwiatki, gotowali obiadki i krzyczeli do siebie 🙂 standard 🙂 Co kawałek jakieś patia i przyczajone sklepiki.

A na środku ulicy siedział sobie kot! 🙂 Zaczęłam do niego mówić po hiszpańsku bo nie byłam pewna czy po polsku te koty rozumieją? 🙂 I nawet szedł za nami kawałek, i tak inteligentnie patrzył, to może rozumiał 😛  Oczywiście nakupiłyśmy też tzw. bibelotów, bo choć w zasadzie nie są potrzebne, to tak miło potem mieć takie drobiazgi „porozrzucane” po domu , a potem w różnych sytuacjach wracają wakacyjne wspomnienia,i humor od razu się poprawia 🙂

W każdym razie, nasz ulubiony plac pomarańczowy, na którym byłyśmy nie raz podczas tego weekendu: „Plaza de los Naranjos” zawdzięcza swoją nazwę oczywiście drzewom pomarańczowym, które gęsto tam występują. Na około restauracyjki i ciekawy architektonicznie szesnastowieczny ratusz.

Denerwowało mnie trochę to, że jak ja uprzejmie zagaduję w tych sklepikach po hiszpańsku, to oni automatycznie zakładają, że skoro znam hiszpański, to nie muszą mówić łopatologicznie, i zaczynają nawijać z tą swoją andaluzyjską niewyraźnością, i mnie bulwers ogarnia, że połowy słów nie rozumiem, i domyślam się o co chodzi z kontekstu 😀 W sklepie, w którym umyśliłam sobie kupić chustę dla mamy, obsługiwał mnie tak flegmatyczny Hiszpan, że aż niemożliwe 😀 Normalnie chyba z 5 minut wbijał cenę na kasę, no masakra. Ale przynajmniej zostałam wyedukowana, że „mantón” to jest chusta kwadratowa i większa, natomiast „pico” jest mniejsza i trójkątna. I tańsza 😛

Ale koniec końców, dało się z nim dogadać. Potem wylądowałyśmy w jakimś chińskim sklepiku, szukałyśmy fartuchów na butelki, więc w desperacji wchodziłyśmy wszędzie.

Żeby bez sensu nie chodzić po sklepie, od razu zapytałam sprzedawczyni, czy przypadkiem ich nie mają, ale był to błąd. Chinka ta, ni w ząb nie umiała hiszpańskiego… I biedna kombinowała jak mogła, ja już zeszłam na angielski, ale i tu nie było lepiej, pokazywała nam ścierki i beciki a nawet śliniaczki. Po tych ciężkich przeżyciach nie było innego wyjścia jak TAPAS! 🙂 Nieśmiertelne tinto de verano i kalmarki 🙂Ciągle nam tłuczono do głów, że w Hiszpanii się je wszystko z chlebem. A tu nagle zonk – nie dali chleba kiedy go potrzebowałyśmy 😀 Lekko skonsternowane, uprzejmie poprosiłyśmy o chlebek 🙂 Miło się siedziało i pisało kartki, ale czas szukać reszty pamiątek 😀 W pewnym momencie Aga płaci, a kobieta mówi: „Ale to nie jest euro.” Aga zdziwiona, że jak to nie, jak tylko euraski miała… I wyszło na to, że ktoś jej gdzieś wydał jakiegoś boliwijskiego bolivara czy inną latynoską walutę 😀 A potem oczywiście mnie nieźle nastraszyła, bo idziemy sobie spacerkiem, jemu lody, a ona nagle wypala: „Jezu, nie mam portfela!” No i panika, bo gdzie on może być, już myślami odtwarzamy trasę, ale oczywiście co się okazało? Że był w reklamówce z ostatnimi zakupami 😀

Ogólnie rzecz ujmując, bardzo nam przyjemnie aczkolwiek szybko minął dzień. Czas się było zbierać z powrotem do hotelu… Okazało się, że to nie takie proste… Idziemy na przystanek, z którego powinien odjeżdżać nasz nr 27, a tam na tablicy o nim nic nie pisze! No a że mamy czas, to stwierdziłyśmy, że możemy iść dalej, może on gdzieś skręca. I tak przyszłyśmy chyba z 5 przystanków, a kojarzymy trasę, że w tamtą stronę tak jechałyśmy. Wreszcie weszłam do jakiegoś sklepu i pytam faceta, skąd jeździ 27. On mówi [niewyraźnie], że stąd. Myślę sobie, robi ze mnie głupa, więc dla pewności pytamy kobietę na ulicy, ona nawet nie wie. No to my idziemy dalej a tu nagle… mija nas nasz autobus!!! Nie zaczekał na nas [jak śmiał 🙂 ] więc to my postanowiłyśmy zaczekać na kolejny 🙂 Grunt, że się doczekałyśmy 🙂 ALE nie mogło być wszystko normalnie, i w San Pedro staliśmy sobie na przystanku jakieś 10 minut, nie wiedzieć czemu. Ale my już byłyśmy tak zmęczone, że nie miałyśmy siły interweniować 😀 Na koniec, o dziwo udało się nam wysiąść na odpowiednim przystanku, i doczłapać na górę do hotelu. Potem już było tylko lepiej, jak zwykle wesoła kolacja i wieczorne leniuchowanie 🙂

Do Marbelli wróciłyśmy jeszcze dwa dni później. Wysiadłyśmy wtedy nieco dalej, bo ambitnie chciałyśmy zwiedzać inne tereny 😀 Ale i tak wygrał sentyment do Plaza de los Naranjos... 🙂 Lecz oprócz tego, widziałyśmy też ciekawy most nad fontanną (?)

Most jak most, ale nad fontanną? 😀

W każdym razie, podczas sobotniej kolacji, pan Miro jak zwykle opowiadał ciekawe rzeczy i dzielił się własnymi obserwacjami. Wspomniał coś nawet o jakiejś książce o żywocie Mahometa czy kogoś tam, ale że jest to człowiek o bogatej wiedzy, nie byłam pewna, czy on tą książkę czyta czy pisze, więc zapytałam… 😀 Zdziwił się nieco, bo ją czytał a nie pisał… 😀 No ale zwierzał nam się, jak to chciał nabyć hiszpańskich zwyczajów, i zaintrygowały go churros.  Na śniadanie nałożył sobie tego całą stertę do jajecznicy 😀 Wpadł w konsternację, kiedy zauważył że jakiś Hiszpan sobie to posypuje cukrem.Wieczorem więc mu wyjaśniłam w czym rzecz, że się to je z czekoladą, i to takie fajne. Ucieszył się, że już wie o co chodzi, i postanowił następnego dnia zachować się bardziej po hiszpańsku, i zje je na słodko. I tak też zrobił, cały z siebie dumny wsuwa je z czekoladą a w międzyczasie niedaleko zasiada inny Hiszpan, przynosi churros i co? I polewa je KETCHUPEM!!! 😀 Biedny Miro, załamał się, że „nie może się wstrzelić w zwyczaje” 😀 Miro jest również autorem poniższego zwrotu: „swobodnie rozchwiany zmysł smakowy francuzów”. Doprawdy, długo nie zapomnę tej wycieczki 😀

Reklamy