Tagi

, , , , , , ,

Opuściliśmy Jerez i wspaniałe wina 😛 A po drodze zaskoczyły nas widoki: cała masa flamingów „pasących się” przy drodze! 😀 Niestety nie zrobiłam zdjęć (przez brudnawą i przyciemnianą szybę to bez sensu) ale wyglądało to podobnie jak tu:

No i stało się. Wylądowaliśmy na przysłowiowym i dosłownym końcu-ale na szczęście-nie był to koniec świata, a Europy 😛 Welcome to Dżibraltar! 😛

Nazwa Gibraltar pochodzi z hiszpańskiej wersji arabskiego Dżabal al-Tarik czyli „góra Tarika”. Dzisiaj lokalna ludność podobno mówi po prostu Gib. Poprzednio Skała Gibraltarska była znana jako rzymskie Mons Calpe, jeden ze Słupów Herkulesa. Większość półwyspu zajmuje Skała Gibraltarska o długości 4,8 km wysokości 427m . Powierzchnia Gibraltaru to zaledwie 6,5 km² (!) i jest najbardziej zaludnionym terytorium świata, gdzie na km² przypada ok. 4,3 tys. mieszkańców.

Twierdza została zbudowana przez Arabów a zdobyta przez Hiszpanów w 1462. Od 1713 roku, na mocy pokoju w Utrechcie, Hiszpania musiała przekazać półwysep Wielkiej Brytanii a w 1830 Gibraltar stał się oficjalnie kolonią brytyjską. A w ogóle skąd tu się wzięli Anglicy? Zajęli Gibraltar w 1704 roku w czasie wojny o sukcesję hiszpańską, w którą zaplątana była duża część Europy. A potem widocznie spodobało się im, bo zostali…

Pełna obaw, że mój „medżik inglisz” okaże się niewystarczający, przekroczyłam granicę z paszportem w ręce. Oczywiście nikogo on nie interesował. Nasza dobra passa w kwestii przewodników trwała nadal 😀 Trafił nam się kolejny zakręcony, tylko tym razem był to facet. Ciekawy człowiek, opowiedział nam, że całkiem niedawno, niecały rok temu ważył 100 kilo więcej, nikt mu oczywiście nie wierzył, bo to wysoki i szczupły przystojniak, ale na dowód, pokazał nam swoje zdjęcia w paszporcie i jakiejś legitymacji. Wyglądał na nich jak nie on, ale okazało się, że to jednak prawda 😀 Generalnie cały czas COŚ  gadał, straszył małpy (czyli jak sam  stwierdził: „swoją rodzinę” 😀 ), udawał, że traci kontrolę nad samochodem i że zaraz spadniemy w przepaść albo wbijemy się w skałę 😀 masakra 😀 adrenalina nam nieźle podskakiwała, bo drogi na Skale Gibraltarskiej są w stylu tych na Montserrat (czyli wąskie i kręte) a pomimo to, miejscowi kierowcy nie mają oporów przy zwiększaniu prędkości i do tego niektórzy sobie robią jaja z przerażonych turystów 😀 Ale generalnie, było bardzo zabawnie i sympatycznie, tym bardziej, że autentycznie mówił in spanglish! 🙂 Obkuta na egzamin licencjacki z językoznawstwa mogłabym przeprowadzić na nim badania hehe 😀 W każdym razie: co to w ogóle jest? To mieszanka dwóch języków: angielskiego i hiszpańskiego. Polega on na tym, że mówiący – nie kontrolując tego! – przykładowo zaczynają zdanie w jednym języku, a kończą w drugim, albo wstawiają w zdanie pojedyncze słowa z drugiego, albo wręcz zaczynają wyraz np. po angielsku ale dodają mu hiszpańskie końcówki. Różne są wariacje na ten temat 😀 W dodatku urocze jest to, że to wszystko się dzieje na bazie tego brytyjskiego akcentu, i generalnie brzmi komicznie 😀 Choć muszę przyznać, że w momencie gdy zna się oba języki, to tak nie razi, dlatego że mózg skupia się na tym, żeby w ogóle zrozumieć co ktoś mówi, a nie na analizie jakim systemem językowym się posługuje. No ale jeśli ktoś np nie zna hiszpańskiego, no to ewidentnie rzucają mu się w uszy te hiszpańskie słowa, bo ich nie rozumie. Nasza pilotka była tym tak podekscytowana, że stwierdziła, że przeżywa „orgazm lingwistyczny” rozmawiając z nim 😀

Tak więc Ivan (jakże brytyjskie i hiszpańskie imię 😀 ) zawiózł nas najpierw na koniec 🙂 Czyli Punta de Europa.

Nie wyobrażacie sobie jak tam pieruńsko wieje!!!!!!!!!! 😀 W życiu czegoś takiego nie uświadczyłam, naprawdę miałam wrażenie, że nie dość, że się przewrócę, to jeszcze wywieje mi z rączek aparacik i moje zdjęcia z całego tygodnia przepadną 😀 Ale te wszystkie niedogodności równoważy świadomość, że jesteśmy w Europie, ale zaledwie 13 km od Afryki!  Którą zresztą widać bez lornetki 🙂

[niebieskie zdjęcie: po lewej Afryka, po prawej Europa. Na różowawym jest zbliżenie części afrykańskiej 😀 ]

Następnie udaliśmy się już na Skałę Gibraltarską. Jak już wspominałam, wyjazd na górę był pierwszorzędny i obfitujący w krzyki i emocje 😀 A widoki takie:

Ach! 😀 I ten błękit ze wszystkich stron… Od wycieczki minęły prawie dwa miesiące, a ja przy tych wspomnieniach odlatuję 😛

Kolejny punkt wycieczki to Grota Świętego Michała. To rezerwat przyrody – jaskinia o bogatej szacie naciekowej, a jednocześnie sala koncertowa cały czas używana. Można wejść na scenę albo posiedzieć na widowni. Miejscowy przewodnik dementuje podawaną przez wydawnictwa informację, że w czasie II wojny w jaskini był szpital – owszem, był przygotowany, ale nigdy go nie użyto.

Okazuje się, że Grota św. Michała to niejedyna „dziura” w skale – wręcz przeciwnie, jest zryta tunelami jak szwajcarski ser! Przydawały się w czasie kolejnych oblężeń i wojen. Trudno ustalić, ile kilometrów tuneli przecina górę – jeden z przewodników podaje, że 48, drugi, że 80, a miejscowy cicerone twierdzi, że 55. Ilekolwiek by było – to sporo. Część wykorzystywana jest jako magazyny, niektórymi poprowadzone są drogi. Najciekawsze są te w północnej ścianie, wyryte w czasie Wielkiego Oblężenia w latach 1779-83. W pionowej skale wykuto „okienka” służące jako otwory strzelnicze. Nic dziwnego, że Hiszpanom nie udało się zdobyć brytyjskiego bastionu.

Ale ale! 😀 Najlepsze przed nami! W końcu Gibraltar to jedyne miejsce w Europie,gdzie można spotkać wolno żyjące małpy magoty. Widywaliśmy je wcześniej z okien samochodu, ale face to face zetknęliśmy się z nimi w zasadzie dopiero we wyjściu z zimnej jaskini, w której czułam się zagubiona i nie wiedziałam gdzie iść, żeby wyjść, ale całe szczęście kojarzyłam ludzi i szłam za polskim tłumem 😀

Małpki są słodkie! 😀 Popisują się jak mogą, jedne robią słodkie minki a z kolei inne wręcz przeciwnie: naprężają się by wyglądać groźnie i panować nad sytuacją. Jedna z nich wskoczyła pewnemu facetowi na ramię, wyrwała mu z ręki loda i zeżarła 😀 Inna latała po motorze, a jak pozowała! 😀

Że tak powiem: małpi gaj :D:D

A ta jest moja ulubiona! Kocham ją całym sercem! 🙂

Po „dzikiej” części Gibraltaru, zawieziono nas do tej cywilizowanej, jednakże wolałam już małpy 😀 No ale być na Gibraltarze i nie być na Main Street? 😀  Ulica Main Street jest osią centrum, zaczyna się na północy sporym placem Casemates Square. Obecnie to ulica pełna sklepów, wiele osób dokonuje tam interesujących zakupów. My akurat niespecjalnie się obłowiłyśmy shopingowo, no ale punkt programu zaliczony 😛 Zmęczeni upałem, wtarabaniliśmy się do autokaru, a nawet dostąpiliśmy tego szczęścia, że po drodze zatrzymaliśmy się na chwil kilka by pożegnać się z tym miejscem, popluskać nogi w oceanie i po raz ostatni popatrzeć na Skałę 😀

Szkoda tylko, że na własne oczy nie widzieliśmy Gibraltar by night, bo jak obczaiłam w googlach, widok jest niesamowity 🙂

Reklamy