Tagi

, , , ,

Nadszedł wreszcie dzień wyjazdu, a ściślej rzecz biorąc: środek nocy 😀 Pobudka 3:00, zameldowałyśmy się na lotnisku o 5.00. Obudziło nas trochę lotniskowe zamieszanie, oglądałyśmy startujące/lądujące samoloty na tle wschodzącego słońca… miodzio 🙂 Wreszcie doczekałyśmy się i naszego samolotu i…poleciałyśmy 🙂 Mój pierwszy lot wspominam bardzo pozytywnie 🙂 przez mini-okienko były cudne widoki, nie tylko na chmury hehe ale i na przebijające się przez nie szczyty gór (pewnie Pireneje 🙂 ) a na ostatnim odcinku lotu: na Morze Śródziemne. Lecieliśmy i lecieliśmy, pod nami tylko iskrząca się szafirowa woda (morko 🙂 ) a w zasięgu wzroku linia brzegowa i zarys białych domków i hoteli. Czy to bajka czy nie bajka? 😀 Szczęśliwe, że już w Hiszpanii, wypełzłyśmy z samolotu przez gąsienicę na przyssawkę 😛 tzn przyczepianym korytarzem prowadzącym na płytę lotniska. A potem cóż, oczekiwanie na stos czarnych walizek 🙂 Idziemy i idziemy, a tu końca nie widać, wreszcie objawił się nam jakiś guapo rezydent naszego biura i odesłał nas do poszczególnych pilotek. Pięknym różowym autobusem pojechaliśmy do hotelu, mieszczącego się mniej więcej na autostradzie… 🙂 Czekał nas dzień wolny, ale dostaliśmy wstępne instrukcje, czym i jak dojechać do centrum, żeby móc coś pozwiedzać na własną rękę. Rzuciłyśmy nasze walizki w pokoju, ogarnęłyśmy się jakoś i ruszyłyśmy w świat 😛 Poszłyśmy na przystanek z zamiarem złapania autobusu nr 10 lub 110. Ale akurat przyjechał nr A 😛 i nawet pisało na nim „City center” czy coś w tym guście, więc razem z kilkoma innymi osobami, które jak się później okazało były również od nas, wsiedliśmy do tegoż autobusu, choć byliśmy nieco zdziwieni, że kosztuje 2 euro a nie 1,20 jak mówiła pilotka. Dojechaliśmy do końca trasy…na dworzec. Hmmm…i gdzie tu iść. Nie mogłyśmy go odnaleźć na naszej małej mapce, którą nam dano w hotelu, więc szłyśmy trochę intuicyjnie. Niebawem, naszym oczom ukazał się port 😀 wydedukowałyśmy, że skoro na mapce port jest na lewo, to my pójdziemy w prawo, potem dojdziemy do plaży i innych atrakcji. No ale cóż, idziemy idziemy, jakaś mała plaża się niby objawiła, ale gdzież te luksusowe hotele? My widziałyśmy tylko obskurne bloki z odpadającym tynkiem, nawet nie było nigdzie tabliczki z nazwą ulicy czy czegokolwiek, co byłoby na mapie. No ale dzielnie szłyśmy dalej a tu dalej NIC. Jakieś trzy knajpy na krzyż, kilka ławeczek, jeden pomnik. Szału ni ma. Nieśmiało zaczęłyśmy się zastanawiać, czemu ludzie tak się zachwycają tą Malagą, jak tu przecież nic nie ma… Nawet po plaży się nie dało chodzić, bo była tak kamienista (drobno kamienista), że się nie dało iść, bo tak kuły w stopy. Normalnie pipidówa, jak to mówi wykładowca od literatury hiszpańskiej 😀 ALE nagle pojawiło się światełko w tunelu, i tu pięknie nawiążę do literatury hiszpańskiej, albowiem cudem ukazała się nam tabliczka z napisem „Plaza Antonio Machado„. Nazwisko znajome, a jakże 😀 Obok znak na „Calle Princesa”. I nagle nas oświeciło! Okazało się, że byłyśmy w zupełnie innej stronie mapy niż nam się wcześniej wydawało, i idziemy w przeciwną stronę, i co gorsza, od ponad godziny… 😀 Trochę złe na siebie o taką stratę czasu, odwróciłyśmy się na pięcie i poszłyśmy nadrobić stracony czas. Przedzierając się przez slumsy Malagi, doszłyśmy do cywilizacji 🙂 Momentami aż strach było iść, takie nieciekawe uliczki bywały. Gdy przeszłyśmy rzekę Guadalmedina (o ile się nie mylę) i dopiero dotarłyśmy w miejsce, gdzie powinna się zacząć nasza wycieczka, było już grubo po15-tej a my byłyśmy tak zmęczone po nieprzespanej nocy, że mówiąc szczerze, nie miałyśmy już na nic siły. Ale dzielnie podjęłyśmy wyzwanie rzucone nam przez mapę, i zaczęłyśmy poszukiwanie rzeczy godnych zobaczenia. Pierwszą sfotografowaną rzeczą stał się pomnik pana Don Manuela Domingo Larios 😀 monumento marquez de LariosCzłowiek ten przysłużył się miastu w związku z czym został nagrodzony pomnikiem wdzięczności.

Następnie oglądałyśmy jakieś resztki po tygodniowej Feria de Málaga (która skończyła się dzień przed naszym przybyciem 😦 ), czyli ozdobione ulice i domy.

calle

I na tejże ulicy napotkałyśmy jedną z niewątlipych atrakcji turystycznych, czyli samozwańczą parę tańczącą tango. Co prawda Hiszpania nie tangiem stoi, ale popatrzeć zawsze miło 🙂

Włócząc się wąskimi uliczkami, dotarłyśmy do ogromnej Katedry. Kupiłyśmy bilety, dostałyśmy audio-przewodnika, i z aparatami w dłoniach zaczęłyśmy jej oglądanie. Bilet uprawnia również do zwiedzania muzeum znajdującego się w katedrze, jednak w muzeum nie można robić zdjęć. 🙂catedral de Malagadetalles de la catedralcoro de la catedral[Powyżej chór (po lewej). Po prawej detal ławek.]

Na zewnątrz katedry piękny ogród:

jardin de la catedralW fontannie odświeżyłyśmy ręce, usiadłyśmy na ławeczce pod drzewkiem, ale nie na długo… 🙂 Poszłyśmy dalej zwiedzać. Zachwycił nas ten budynek:

edificio con abanicosNigdy jeszcze nie widziałyśmy czegoś takiego, na każdym oknie wisiała chusta, były bardzo różne, i białe, i czarne i kolorowe, wszystkie we wzory lub kwiaty, obowiązkowo z frędzlami. Nadawały temu budynkowi tyle hiszpańskości! 🙂

Potem dotarłyśmy do spokojniejszego miejsca, Paseo de los Curas. Pełne zieleni, egzotycznych roślin i chłodu dało nam dużo ukojenia przy tak upalnym dniu (choć było tylko nieco ponad 30 stopni). paseo de los curasNa końcu paseo, spojrzałyśmy na mapę, z której wynikało, że zbliżamy się do jakichś zabytków 😀 Było już jednak ciut późno i stwierdziłyśmy, że nie będziemy się wspinać na Gibralfaro ani do Alcazaby, poprzestałyśmy na zdjęciach z dołu… 🙂

W drodze powrotnej ku autobusowi widziałyśmy kilka ciekawych budynków, np. Ayuntamiento, Uniwersytet, różne piękne banki 😀

Podsumowując, był to ciekawy dzień 🙂 Zrobiłyśmy rozpoznanie miasta, wiemy już gdzie slumsy a gdzie wyższa kultura 😛 Bez wątpienia chcemy jeszcze kiedyś do Malagi wrócić, bo tyle nam jeszcze zostało do zwiedzenia!… 🙂

Tym razem bez problemu odnalazłyśmy WŁAŚCIWY autobus, wysiadłyśmy gdzie trzeba, wszystko po naszej myśli 🙂 Dzień zakończyłyśmy rozrzucaną kolacją hehe. Na początek dosłownie RZUCONO nam przed nos jakąś michę z sałatą i kiełkami i jakimś plasterkiem pomidora… A na danie główne też ciekawa rzecz, bo nie wiem jak panowie się tym mieli najeść: pół garści ryżyku, parę malunich klopsików (wielkości truskawki:D) i z 5 szparag 😀 I koniec jedzenia 😀 Po tym jakże obfitym posiłku, moja urocza współlokatorka padła 😀 Ja się zabrałam za spisywanie wrażeń i tak mnie zaskoczyła ciemna noc 😛

Reklamy