Nocne zapiski w oczekiwaniu na autobus – wracam do domu!

I cóż, wszystko co dobre, szybko się kończy. Dopiero co przyleciałam, dopiero co układałam kosmetyki na półce w mini-łazience, a tu już koniec urlopu! Najgorsze przede mną – pakowanie powrotne. Niby nic, bo „pakujesz wszytko co widzisz”, ale biorąc pod uwagę liczbę rzeczy, które kupiłam na miejscu, problem się lekko zwiększa. W efekcie zostawiłam kilka rzeczy 😉

Gotowa do podróży i spakowana mogłam uciąć sobie drzemkę – w końcu wystarczy jak wyjdę z hotelu ok. 3 w nocy, bo samolot odlatuje dopiero po 6 rano.

Zdjęcie poszło na fejsbuka, a co. A ja do spania.

MadridWstałam o 2.45, ogarnęłam się jakoś, ale zajęło mi to więcej czasu niż się spodziewałam. Autobus na lotnisko miałam z Plaza de Cibeles o 3.25. Półtora kilometra od hotelu. Zastanawiałam się, czy brać taksówkę, ale jak zobaczyłam taksówkarza o twarzy seryjnego mordercy, uznałam, że się przejdę 😀 Madryt nocą jest całkiem przyjemny – pojedyncze osoby wracają do domu, śmieciarze jeżdżą jak szaleni tam i z powrotem, zamiatacze zamiatają, także nie ma się co bać.

Godzina 3.30

No to dałam czadu. Stałam na ostatnich światłach i mój autobus odjechał… A następny za 35 minut. Dobrze, że tu życie w miarę tętni, bo jakbym miała w jakiejś dziurze tyle stać, to dziękuję. Jakiś pan z walizką jest po drugiej stronie ulicy, to może będę miała towarzystwo.

A swoją drogą, zdjęcie z walizką gotową do podróży skomentował mój Hostal, że życzy buen viaje (szczęśliwej podróży), milutko 🙂

No to jeszcze jakieś 27 minut 😛

Tak właśnie. O wpół do czwartej w nocy siedziałam sobie na walizce z notesem i wylewałam swoje żale. Bo gdybym się tyle nie grzebała rano to bym zdążyła. Albo gdybym wzięła taksówkę. Albo gdybym nastawiła budzik na 5 minut wcześniej 🙂

Godzina 3.45

Siedzę w autobusie. Hura hura. Jedźmy już, no! 🙂

Ale tutaj wszystko jak w szwajcarskim zegarku, odjazd musi być planowo.

Godzina 4.50

Dojechaliśmy w 15 minut więc w sumie to nawet dobrze, że nie zdążyłam na tego wcześniejszego [autobusa – przyp. red.]. Przy odprawach poszło wszystko w porządku.

Chyba przez tą ebolę obsługa chodziła w gumowych rękawiczkach (?)

Do mojego gejtu szłam z 10 minut, to chyba najdalszy zakamarek lotniska 😀 Nasz jest C49 a ostatni to C50. Za oknem kołuje samolot, szkoda, że ciemna noc, bo nic nie widać. Bramki otwierają za jakieś 50 minut, także trochę tu sobie posiedzę.

Tym razem miałam miejsce przy oknie, więc w planie miałam robić szałowe zdjęcia. Nie przewidziałam, że okna będą brudne, i że będę siedzieć na skrzydle, które mi przysłoni wszelkie widoki. Ale, co widziałam, to moje, jak mówi ludowe porzekadło.

blog samolot2 blog samolotByły lekkie turbulencje, ale to pewnie normalne (jakbym częściej latała, to bym wiedziała :P). Dolecieliśmy przed czasem, bagaże nadali szybko, a co więcej, moja piękna walizka przyturlała się jako jedna z pierwszych (jak nigdy). I tak, wakacje wakacje, i po wakacjach. Dzwonili z pracy (pozdrowienia dla Frau Marii), że moja pielgrzymka coś świruje i chcą zmienić program na pojutrze, także powrót do rzeczywistości jest nieuchronny… 🙂

 

PODSUMOWUJĄC Z PERSPEKTYWY DWÓCH MIESIĘCY (bo toż to już grudzień, jak to dopisuję) stwierdzam, że wakacje solo są całkiem fajne 🙂 Absolutnie nie pretenduję do miana wielkiego podróżnika (ani „znanej blogerki podróżniczej” :D), nie wybieram się penetrować Amazonkę, nie będę przedzierać się przez ulice Iraku okutana w burkę dla niepoznaki. Nie nadaję się do tego, nie mój styl, nie mój blues. Ale takie „miastowe wakacje” w kraju, którego język znam (więc się dogadam) są jak najbardziej w moim zasięgu, jak na chwilę obecną. Wiadomo, są sytuacje, że z kimś by było raźniej ale z drugiej strony, nic mnie nie ogranicza, idę gdzie chcę, siedzę w muzeum ile chcę, wstaję o której mi się podoba etc. Co prawda organizacja też spada na mnie w 100%, ale w końcu umówmy się: pracuję w turystyce i podobne wyjazdy organizuję na co dzień 😀 Więc nie jest to dla mnie aż taka czarna magia.

Także uroczyście oświadczam, że taki samotny wyjazd na pewno jeszcze powtórzę. Nie wiem czy w przyszłym roku, czy za dwa, ale na pewno i niedługo 🙂 Jednak gdyby ktoś chciał się dołączyć na jakąś ciekawą wycieczkę w międzyczasie, to ja oczywiście jestem do dyspozycji 🙂

Niniejszym dziękuję wszystkim, którzy mnie nie namawiali do zrezygnowania z samotnego wyjazdu i którzy wierzyli we mnie, że wrócę w jednym kawałku. Dziękuję również za uwagę tym, którzy przebrnęli przez te kilka przydługawych wpisów i mnie nie przeklęli w duchu za gadulstwo 😀 Ciąg dalszy (kiedyś) nastąpi!

Dla wszystkich, w prezencie, poniższa pieśń.

Duet Azucar Moreno, „Solo se vive una vez” – żyje się tylko raz 🙂

Reklamy

Pałace, parki i trzęsąca kolejka: wyprawa do Aranjuez :)

Tagi

, , , , ,

Ostatni dzień urlopu należy spędzić godnie. Aby stało się tego zadość, wybrałam do tego niebagatelne miejsce: Real Sitio de Aranjuez. Brzmi dobrze 😀

AranjuezJednak zanim tam dotarłam, trochę zeszło… 🙂

Zebrałam się ok 10, wybyłam na stację Atocha. Zimno, deszczowo, czyli idealnie by ten czas spędzić w pociągu. Bilet zakupiłam ale na żadnej tablicy się nie wyświetla,  z którego peronu jedzie mój magiczny pociąg. Także podeszłam do informacji, odstałam swoje (chyba z 5 minut) ale dowiedziałam się czego chciałam. Przeszedłszy bramki zorientowałam się, że przecież to było napisane na górze nad zejściami na perony, a nie na tablicy, no ale cóż, grunt, że peron znaleziony 🙂 Znowu musiałam wyglądać na osobę wiedzącą gdzie jeszcze, bo zaczepił mnie jakiś facet, czy ten pociąg to do Aranjuez.

Podróż jak podróż, nie najgorsza. Jechało się około 40 minut, widoki po drodze średnie, bo trasa biegnie przez tereny industrialne więc średnio jest co oglądać. Wysiadłam na ostatniej stacji, przeszłam przez całkiem ładny dworzec i co dalej??? Tutaj niestety nie było aż takiego ukłonu w stronę turysty jak w Alcali, gdzie od razu na dworcu była budka informacji turystycznej. Tutaj nie było nic. Więc po prostu poszłam w kierunku, gdzie szli wszyscy 🙂 Nadmienię, że za bardzo innej opcji nie było, ponieważ droga była jedna, w prawo. Skręciłam „jak wszyscy”, no ale tu się kończy sielanka, bowiem doszłam do drogi, jak mniemam, głównej, i oto jest pytanie: w lewo, czy w prawo waćpanna? Większość idzie w lewo, to i ja podążam.

AranjuezOto i główna droga, a raczej, jak widać, chodnik. Podczas mojego wyjazdu było dość deszczowo, także chodnik stał się lekko błotnisty, a liście mokrawe, no ale nie było tragedii 🙂

Nigdzie żadnej mapy. Tzn niby jakieś takie piękne schematyczne mapki były ale bez nazw ulic, więc ciężko było stwierdzić, czy to skręcać, czy lepiej się trzymać głównego traktu. Całe szczęście, że miałam mój cudowny tablet z mapą off-line i załadowanym planem miasta. Kolejny raz technologia okazała się przydatna 😉 Weszłam w jakieś nowe osiedle, bo skusiły mnie chodniki 😛 Potem znowu po żwirze, ale w końcu jednak trafiłam do pałacu, hura! Ave tablet!

Przeszłam oczywiście przez żwirowy parking, i już na samym początku moje buty były dość zabłocone, do pałacu nie wypada w takim stanie, no ale co zrobić. Właśnie zaczynało kropić, więc szybko machnęłam kilka zdjęć na zewnątrz pałacu (póki mi całkiem nie spadało obiektywu) i weszłam „na salony” 🙂

Aranjuez AranjuezPałac ten wybudowano w drugiej połowie XVI wieku za panowania Filipa II, czyli tego samego, któremu zawdzięczamy Escorial. Styl architektoniczny reprezentowany przez obiekt nazywany jest herreriańskim, od nazwiska głównego architekta – to właśnie on zajmował się Escorialem. Aktualny wygląd zawdzięczamy następcom Filipa II, Burbonom.

Aranjuez AranjuezZaszalałam, i oprócz biletu zakupiłam również audio przewodnik. Oczywiście nie pamiętam większości z tego, co usłyszałam, ale pamiętam, że wywarło to na mnie ogromne wrażenie. Bogactwo wnętrz jest niesamowite, zdjęć oczywiście robić nie wolno, więc nie robiłam 🙂

Po około godzinnym zwiedzaniu pałacu wyszłam na patio:

AranjuezA następnie ruszyłam na wizytację dalszych przybytków 🙂

Tuż obok pałacu znajduje się malowniczy ogród, Jardín del Patrerre. Brama, która do niego prowadzi, wygląda niczym z Tajemniczego Ogrodu 🙂

Jardín del PatrerreJardín del PatrerreTam też nadeszła pora na mały lanczyk, czyli przywiezione pudełeczko owocków 🙂

Ogród jest uroczy, i pomimo zimna i kałuż, spacerowało się po nim bardzo przyjemnie.

Jardín del Patrerre Jardín del PatrerreNie brakuje to pomniczków i fontann:

Jardín del Patrerre Jardín del PatrerreNa obrzeżach ogrodu coś szumi. Jakby strumyczek. Podchodzę, patrzę… a tam rzeka. Rzeka Tag, jedna z największych w kraju, niespodzianka haha 🙂

Jardín del Patrerre Jardín del PatrerreA po rzece, pływają kaczki:

Jardín del PatrerreMiejsce doprawdy urocze. Ale sunę dalej. Wychodzę na ulicę „Aleja Pałacowa” i zaglądam w różne drzwi 🙂

Aranjuez Aranjuez AranjuezMiałam nawet plan przejść się nie pod arkadami a pod drzewami, ale kałuże-gigant mi to wyperswadowały. W ramach poświęcenia chodząc na palcach zrobiłam zdjęcie:

AranjuezPo lewej mej stronie Plac Św. Antoniego. Patron ludzi/rzeczy zaginionych/zagubionych, czyli mój ulubiony wybawca (jako, że jestem przewodnikiem w kopalni, więc dobrze by było nie gubić ani turystów, ani się). Plac przeogromny. Pusty. Jak arena corridy.

Aranjuez AranjuezA obok placu, odkrycie roku, informacja turystyczna. Kto do diaska wpadł na pomysł, żeby jedyny punkt informacji turystycznej w którym rozdają mapki był w samym centrum, jak już ludzie zwiedzili pół miasta… Oczywiście nic nie stało na przeszkodzie, żebym nabrała kilogram folderków i mapek, nawet jakiś paszport podróżnika mi dali do zbierania pieczątek, ale cóż z tego, jak już w tych miejscach byłam 😛

AranjuezTeraz mogłam szpanować mapką w wymiarze mega. Jednak mówiąc szczerze, samo miasteczko na kolana nie powala: to, co najważniejsze to pałac i ogrody. Reszta rzekłabym całkiem przeciętna. No dobra, plac Św Antoniego jest jeszcze ładny. Nie wiem, może to kwestia szarej pogody nie nastrajającej na nic, może to kwestia połowy października, kiedy prawie nie ma turystów i większość knajpek nie działa. A może po prostu miałam zły dzień, i w samym mieście-mieście nie zrobiłam wiele zdjęć. Ale żeby nie zostawiać bloga bez niczego, oto kilka „foć”:

Oto i ratusz:

AranjuezTeatr Karola III:

AranjuezPlac Izabeli II, królowej hiszpańskiej:

Aranjuezoraz pobliski budynek zwracający mą uwagę 🙂

AranjuezJak już wspomniałam, Aranjuez to pałac i ogrody. Ogród księcia, Jardín del Príncipe, jest przeogromny, ma 150 hektarów i 7 km długości.

 Jardín del PríncipeWiadomo, nie przeszłam wszystkiego 😀 Choć powiem szczerze, że już była godzina bodajże 13.30-14 i trochę byłam zmęczona. A tu idę idę… W zasadzie w ciemno, bo mapka jest bardzo pobieżna, więc trzeba się trzymać TEJ dróżki, która jest pokazana. Pocieszające jest to, że jak się idzie brzegiem rzeki, to ciężko zgubić trop 🙂

 Jardín del Príncipe  Jardín del PríncipeNa mej drodze zaliczyłam też spotkania z drobiem:

 Jardín del PríncipeUznałam, że to jednorazowy wybryk i szłam dalej kontemplować naturę.

 Jardín del Príncipe  Jardín del PríncipePo drodze ani żywej duszy. Niby przyjemnie, ale momentami nieswojo. Wreszcie minęło mnie kilka osób na joggingu. Oraz cóż, drób! Kaczki, gęsi i jeszcze inne ptasie rodzaje, których nie widziałam, a słyszałam 🙂

 Jardín del Príncipe  Jardín del Príncipe  Jardín del Príncipe  Jardín del PríncipeKacza rodzina przy Museo de las Falúas, gdzie wystawiane są na pokaz królewskie barki/łódki skradła me serce, nie mogłam od nich odejść! 🙂 Jakiś samozwańczy turysta (a jednak!) chyba chciał z nimi (i przy okazji ze mną) wejść w interakcję, bo próbował je złapać. Dziwny koleś, dziwny. A one, bidoki, kochane!

Żeby nie wracać bez sensu tą samą drogą, stwierdziłam, że zrobię rundkę (taaak, oto kolejny z moich prze-sprytnych pomysłów). Mosteczek aż kusił, żeby na niego wejść, zrobić zdjęcie etc, więc nie dałam mu się długo prosić 🙂

 Jardín del PríncipeZ drugiej strony, na mostek weszło ni stąd, ni z owąd około 5-6 wędkarzy. Narobili harmidru (wiadomo, jeden Hiszpan jest głośny, a co dopiero kilku 🙂 ), i widać byli mocno zdziwieni, co też taka dziewoja z tobołami tam robi. Nawet myśleli, że ich nie rozumiem, i wymienili kilka uwag między sobą… 🙂  Widok z mostka – obłędny:

TagTag w całej okazałości. Cisza (jak już wędkarze byli odpowiednio daleko), nie słychać nic innego oprócz gdakania i szumu drzew. Ja co prawda raczej jestem z tych miasto-lubnych, ale piękno przyrody od czasu do czasu docenić też jestem w stanie 😉

TagA oto i gęsia rodzina:

 Jardín del PríncipeOd brzegu i obserwacji ciężko się było oderwać, ale z drugiej strony, chciałam dojść też do jakiejś cywilizacji… Po drodze minęłam kolejnego wioślarza, który popatrzył na mnie ze zdziwioną miną, a następnie spotkałam równie zdziwionego kota. Omiałczał mnie okropnie, nie wiem czy to był ochrzan?

KotObok kota ujmujący znak z krową.

Wreszcie – victoria! Droga główna! Cywilizacja! Hura! 😀 Bezsporny znak świadczący o tym, że nie zgubiłam się w lesie 😀

Jako, że miałam lekki niedosyt i wrażenie, że NA PEWNO coś pominęłam, stwierdziłam, że zrobię sobie wycieczkę kolejką turystyczną. No bo przecież ja pociągi kocham 😀 A 5 euro to nie majątek, ostatni dzień, mogę szaleć. Wróciłam więc pod pałac, zakupiłam bilecik, jadę!

ChiquitrenPociąg nazywa się Chiquitren, czyli „Pociążek” 😀

blog99Nie było nas jakoś super dużo, więc miałam cały przedział dla siebie 😀 Brzmi szumnie, ale zastanawiam się, jak dorośli ludzie mogą się zmieścić na siedzeniach z obu stron, bo ja z moimi krótkimi nogami ledwo weszłam. Gotowi na szaloną jazdę? 😀 Instruktaż przed podróżą:

Zapowiada się spokojnie. No bo przecież jakąż prędkość rozwinie Pociążek. Ale! Pozory mylą! 😀

Trzepie, że ho-ho. Miałam nadzieję, że porobię zdjęcia, ale ciężko było… 😀 A wiałoooo!

Wreszcie jedziemy do ogrodów.

Ze zdjęć w zasadzie zrezygnowałam. Podróż jest tak śmieszna, że kręcę filmiki, żeby mieć się potem z czego śmiać bo na spokojnie się tego oglądać nie da 😀 Kumulacja trzęsienia w połowie poniższego filmu:

Tutaj już trochę spokojniej, udało mi się nakręcić kilkanaście sekund bez większych podskoków:

Zakręt na naszej drodze sprawił, że można było uchwycić nieco szersze spojrzenie na świat 😀

Ale oto, uwaga! Wyjeżdżamy „na miasto”!

Jedyne zdjęcia, które „jako tako” wyszły:

AranjuezAranjuezAranjuezJak widać powyżej, miasto jest w trakcie remontu dróg 😉

I cóż, tak wytrzepana i uśmiana jak nigdy, wysiadłam pod pałacem, gdzie rozpoczęła się moja wycieczka. Ostatni rzut okiem na miasteczko i czas wracać.

Idę idę, tą „główną drogą”, w oddali już na szczęście widać dworzec:

AranjuezDworzec sam w sobie całkiem ładny, okolica – jak widać…

Pociąg znalazłam, wsiadłam szczęśliwie, dojechałam do Madrytu równie bezproblemowo.

Dzień uznaję za udany, aczkolwiek jeszcze się nie skończył: przede mną pakowanie, bo w nocy trzeba złapać samolot do Krakowa. Ostatnie zakupy (ciepła kawa w McDonaldzie, drożdżóweczka w cukierni pod moim hostelem) i mogę brać się do roboty 😉

g

Damą być, czyli poniedziałkowy poranek w Teatro Real :)

Tagi

, ,

Życie turysty zwiedzającego ma to do siebie, że się trzeba nachodzić. Choć odciski na stopach się mnożą, nie ma czasu na obijanie się! W związku z tym, pomimo czarnych chmur na horyzoncie zebrałam się w sobie i wybrałam się na długo odkładaną wizytę w Teatro Real – dawnym teatrze obecnie będącym Operą [zdjęcie z zewnątrz: tutaj]. Wyszłam z hotelu jakoś po 10.00, tak mi się przynajmniej wydawało, i owinięta szalem (bo kurczę, zimno, choć niby Hiszpania :D) pędzę do teatru.

Weszłam do kas, nie patrząc na godzinę i pytam, czy na 10.30  są jeszcze bilety, a uprzejma pani w kasie mówi, że na 11. No trudno, myślę, poczekam te 40 minut. Zakupiłam entrada, bilet, i czekam. Patrzę na zegarek a tu…10.50 😀 Także chyba mocno się wygłupiłam moim pytaniem, no ale w końcu szczęśliwi czasu nie liczą 🙂 Dla zabicia czasu wyjęłam mój notes i stoję obok trzech Hiszpanów w średnim wieku, chyba są lekko skonsternowani co ja tu piszę.

Przynajmniej takie odniosłam wrażenie po ich ukradkowych spojrzeniach w stylu „a-może-to-jakaś-znana-dziennikarka,-choć-w-sumie-nie-wygląda”. Trzymałam fason, poważna mina, eleganckie notes, szykowne pióro, drobne i nieczytelne pismo (żeby nikt nie odczytał). Ze sklepiku z pamiątkami wyszły 3 żony tychże 3 Hiszpanów, także musieli ograniczyć zainteresowanie moim notesem. Żony jak zwykle wyglądały groźnie, więc trzymałam się na dystans od tej grupy. Wreszcie otwarły się szklane drzwi do teatru, eleganckie panie w czarnych garsonkach oraz obwieszone identyfikatorami sprawdziły bilety i uprzejmie zaprosiły na wizytę. Miała ona trwać ok 45-50 minut, ponieważ akurat trwały próby, także nie będziemy mogli zobaczyć głównej sali. Jakieś 10 dni później miał występować Piotr Beczała, zastanawiałam się więc, czy to czasem nie mój rodak teraz ma próby 🙂 Ale nie pytałam 🙂

Nasza przewodniczka była rewelacyjna. Fryzurą oraz szeroką pojętą elegancją i stylem bycia przypominała mi trochę byłą panią prezydentową Jolantę K. 🙂 Bardzo kompetentna kobieta, do tego mówiła przepięknym hiszpańskim, co jako filolog oczywiście zauważyłam 🙂 Raz, że miała cudny akcent i wymowę, a dwa, że naprawdę jej słownictwo i konstrukcje gramatyczne, których używała, były bardzo wysublimowane, że tak to ujmę 🙂 Przy tym mówiła w miarę wolno, bo wiedziała, że większość grupy to obcokrajowcy: oprócz mnie byli też Włosi, Anglicy i chyba Brazylijczycy. Najpierw za kulisami obejrzeliśmy krótki film dokumentalny na temat historii teatru. Przechodziliśmy przez liczne korytarze pod i na około sceny, niczym intruzi 🙂 Ujęła mnie przepiękna dekoracja tego miejsca, nawet próbowałam robić zdjęcia, ale poddałam się, i wolałam się skupić na kontemplacji tego miejsca a nie dokumentacji.

teatro realteatro realCo ciekawe, powyższy fortepian jest drewnianą atrapą (!). Sporo takich rekwizytów stanowi obecnie wystrój teatru.

Ujmująca historia wiąże się z salą restauracyjno-balową. Na środku znajduje się otoczona filarkami przestrzeń, tak jakby pokój w pokoju. I na tej wydzielonej przestrzeni zamontowany jest podwieszany sufit pełen światełek – jest to odwzorowanie nieba i całego gwiazdozbioru z nocy inauguracji Teatru. Co więcej, na czerwono świeci się Mars 😀 Niesamowite, czego to ludzie nie wymyślą.

Z balkonu budynku Teatru rozciąga się przepiękny widok na Pałac Królewski, który wreszcie mogłam jakoś sensownie ująć, jestem tym widokiem zachwycona (podkreślam: widokiem, nie zdjęciem, aż w taki samozachwyt nie wpadam).

palaciopalacioDalej można też dostrzec pobliską Katedrę, w której to dzień wcześniej zakończyłam zwiedzanie 🙂

palacioZ wyższego piętra jeszcze raz ujęłam cały plac Plaza del Oriente. Jak widać, niebo nie było tego dnia zachęcające do pieszych wędrówek:

palacioW kuluarach teatru było cicho, spokojnie, ciepło. I dzięki temu, że mieliśmy tak świetną przewodniczkę, zwiedzanie trwało jakąś godzinę i 10 minut, czyli połowę więcej! 🙂 Zdecydowanie polecam taką wizytę, warto odżałować 9 eurów (a ja nawet mniej, bo jeśli wizyta jest skrócona, bez głównej sali, to kasują 6 eurów).

W błogim nastroju, zaopatrzona w empanadę (podgrzaną przez uprzejmą panią w piekarni) wybrałam się na spacer „nad rzekę”. Czyli patrząc na powyższe zdjęcia, prosto, jeszcze za pałacem.

Uprzednio spędziłam kilka chwil przy pałacu, do którego prowadzą wszystkie moje drogi 😀

palacio palacio palacioIdąc sobie wiaduktem, próbowałam uchwycić jakąś panoramę krzaczorów, ale wiało okrutnie, i nawet mi się nie chciało silić na oryginalność fotograficzną 😀

Madrid Madrid Madrid

Polazłam w zakamary. Dobrze, że mam tablet, to przynajmniej wiem, gdzie jestem – przecież te papierowe mapeczki są tak niedokładne, że bym w życiu się nie wydostała z tych uliczek. Tzn. ja znam język, to się wydostanę, ale jak ktoś nie umie ni w ząb hiszpańskiego, to miałby problem.

Mijając po drodze kilku księżulków w białych samochodzikach (bo szłam koło seminarium 🙂 ) dotarłam wreszcie do rzeki Manzanares, która przyciągnęła więcej samozwańczych fotografów (mam na myśli tego pana w lewym dolnym):

ManzanaresOgólna panorama nie jest być może zbyt malownicza:

ManzanaresManzanaresJednak przecież piękno, to pojęcie względne 🙂

No i kto bogatemu zabroni zrobić fontannę na środku rzeki??

ManzanaresManzanares ManzanaresWedług mnie, a nie znam się na gospodarce wodnej, trochę tam jest za bardzo upstrzone, no ale może to wynika z kompleksu małej rzeki 😛 Jedni mają Wisłę wijącą się jak wstęga wzdłuż całego kraju, drudzy potężną Tamizę, inni Amazonkę lub nawet Nil, a biedny Madryt, ma taką rzeczunię 😛

ManzanaresAle za to widok jest i na Katedrę:

ManzanaresI na Edificio España również:

ManzanaresWięc w sumie na co tu narzekać? Most też całkiem do rzeczy:

ManzanaresPrzeszedłszy się bulwarami, oraz innymi miejskimi zabudowaniami zakończyłam spacer wdrapując się po kamiennych schodach w okolice powyższego Edificio España.

Madrid MadridŻeby nie było, że tylko zwiedzam i zwiedzam, poszłam na zakupy 😛 Obłowiłam się w Mango. Nie wiem jak ja to wszystko dopakuję do walizki…

Podczas mej drogi powrotnej do hotelu zaczepił mnie Spider Man. We własnej osobie. I powiedział, że mam ładne oczy.

Następnie kupiłam kawę w sąsiedzkim McDonaldzie i tak zaopatrzona wróciłam do hoteliku, gdzie spędziłam spokojny wieczór, pomalowałam paznokcie i oglądałam wyrywkowo telenowele i teleturnieje. Także ładuję przysłowiowe baterie i łypię okiem na kanapki na stoliku, chyba jedną zjem! 😀

Jedyne co zaczynało powoli spędzać mi sen z powiek to warunki atmosferyczne w Polsce.

A w ogóle to zaczynam się denerwować lotem, bo dzisiejszy lot do Krakowa przekierowali do Katowic przez mgły… 😦 Jakżeż ja dolecę do domu?

Póki co jednak zajmuję się planowaniem ostatniego dnia w Madrycie. Czyli z niego wyjadę 🙂 na wycieczkę do Aranjuez, o czym w następnym wpisie 🙂